poniedziałek, lipca 16, 2012

Banchory - Poznając Szkocję cz. I

Wraz z nadejściem soboty oficjalnie zaczął się mój tygodniowy urlop :) Tym razem nie zdecydowałam się na wyjazd do Polski gdyż moim i Tża celem było wspólne spędzenie czasu poprzez poznawanie naszego nowego otoczenia jakim jest Szkocja.




Mieliśmy niemały orzech do zgryzienia ponieważ miejsc wartych zobaczenia jest bez liku.  Ustaliliśmy jednak, że każdy będzie miał jakąś atrakcję dla siebie. Jestem typem spokojnego podróżnika, więc padło na wodospad w małej miejscowości Banchory. Tż z kolei jest osobą żądną przygód i adrenaliny, więc wybraliśmy park linowy usytuowały pod zamkiem Crathes jakieś 7km od Banchory. Było to idealne zestawienie na naszą samodzielną dziewiczą wycieczkę po Szkocji :)

Niedzielnym porankiem udaliśmy się do centrum miasta, aby z dworca autobusowego wyruszyć linią 201 pod zamek Crathes. Podróż miała trwać godzinę, ale mieliśmy wrażenie, że było to maks 45 minut. Już z daleka było widać wielkie znaki informacyjne, więc bez problemu wiedzieliśmy, w którym momencie wysiąść. Dookoła otaczał nas las, a z jego głębi dało się słyszeć szum płynącej wody. Dojście do zamku było bardzo dobre. Była osobna droga dla samochodów i osobna ścieżka edukacyjna dla pieszych oznaczona białymi strzałkami - nie sposób było się zgubić. Mapa była zbędna. Po jakiś 15 minutach naszym oczom ukazał się okazały zamek. Robił naprawdę wielkie wrażenie. Jednak to nie on był celem naszej wędrówki, a znajdujący się obok park linowy Go Ape! Jestem typem boidudka niepospolitego i cały czas mówiłam do siebie, że chyba mi odbiło, skoro zgodziłam się na coś takiego. Odkąd pamiętam miałam lęk wysokości. Moje obawy wzmogły się gdy podglądaliśmy ojca z synem, po których była nasza kolej. Wystarczyło mi, że zobaczyłam sznurową drabinę. Szczęka dygotała mi ze strachu. No ale skoro już zapłaciliśmy i tu byliśmy to nie można było zrezygnować i powiedziałam sobie, że dam radę, tym bardziej, że śmigały tam 10-letnie dzieciaki ;) Gdy nadeszła nasza kolej, pierwsze co trzeba było podpisać "cyrograf", że po ukończeniu kursu wszystko spada na naszą odpowiedzialność. Naszym instruktorem był przemiły pan w średnim wieku, który wszystko tłumaczył łopatologicznie. W wielkim skrócie powiem, że nasze bezpieczeństwo zależało od dwóch karabińczyków, które utrzymywały naszą uprząż do drzew. Najpierw był półgodzinny kurs, gdzie pół metra na ziemią trzeba było przejść po samotnej linie jednocześnie rękoma trzymając się drugiej, oraz krótki zjazd po linie pokazujący, że uprząż jest w stanie bez problemu nas utrzymać i możemy jej w pełni zaufać. Przed nami czekało 28 przeszkód, które mieliśmy pokonać w 2-3 godziny. Ku mojej małej radości oprócz nas dołączyła jeszcze 5-cio osobowa rodzina z trójką dzieci. Oczywiście puściliśmy ich przodem :) Widziałam, że dzieciaki dawały radę, więc i ja musiałam. Faktycznie najgorsze było wejście to drabinie. Strasznie się huśtała na boki, a ja w dodatku nie należę do osób, które codziennie coś ćwiczą, wiec miałam spory problem z podciąganiem się :P Pierwszą przeszkodą do pokonania była pozioma drabina. Wbrew moim obawom przejście jej było bardzo proste. Potem był króciutki zjazd na linie prosto na wielką siatkę. Długo mi zajęło zanim odważyłam się skoczyć. To tak jakbym sama prosiła się o złamanie wszystkich kończyn! Ale oparłam cały ciężar na uprzęży i widząc, że siedzę niczym na huśtawce puściłam się w dół. Oczywiście nie byłabym sobą gdybym nie krzyczała ;) Co ciekawe, było to nawet fajne uczucie! Dalej już było tylko łatwiej. Wszystko można było robić swoim tempem. Upewniałam się sto razy czy karabińczyki są dobrze zapięte i kazałam Tżowi jeszcze je sprawdzić. Do najprzyjemniejszych przeszkód należały długie zjazdy po linie. Mimo dużej prędkości wcale się nie bałam, bo na końcu czekało mnie miękkie lądowanie na trocinach :) Niestety nie mamy żadnych zdjęć z tej atrakcji, bo po prostu nie było gdzie trzymać mojej wielkiej lustrzanki, a komórki zostawiliśmy w plecaku, który leżał sobie bezpiecznie w poczekalni. Na osłodę możecie wejść na stronę parku linowego, który podałam wyżej. Jest tam kilka zdjęć i filmik. Nie oddaje to jednak tego co się tam przeżywa. Jak wspomniałam, bałam się okrutnie, a mimo to bawiłam się świetnie! Jest to bardzo fajna atrakcja dla osób, które mają lęk wysokości. Czuję, że boję się już mniej. Gorąco polecam. 
Prawie zapomniałam! Po ukończeniu zabawy dostaliśmy imienne certyfikaty! To nic, że przekręcili moje imię ;)
Sprawy techniczne:
Na taką atrakcję najlepiej ubrać ciuchy, których nie żal ubrudzić. Ja co chwilę byłam cała w trocinach. Ważne jest porządnie obuwie, żadne klapki czy sandałki.
Cena to 30 funtów za osobę. Uważam, że cena była adekwatna do atrakcji.
Zapisać się można rejestrując na stronie głównej. Można wybrać dzień i godzinę. Przy okazji można zobaczyć gdzie ludzi jest najwięcej i wybrać pusty termin.



Po skończonej zabawie i pełni adrenaliny postanowiliśmy zwiedzić zamek i otaczające go ogrody. Niestety cena nas skutecznie odstraszyła, bo wynosiła 11,50 funta za osobę. Planujemy większą wycieczkę pod koniec tygodnia, a fundusze mamy ograniczone, wiec bez żalu zrezygnowaliśmy. Może innym razem. Zamiast tego udaliśmy się do sklepu z pamiątkami i kupiliśmy 2 śliczne kubeczki ozdobione tradycyjnym motywem ostu. Dla zainteresowanych garść informacji o zamku Crathes.


Było po godzinie 15-tej gdy udaliśmy się na długi spacer do Banchory brzegiem rzeki Dee, która ma ujście w naszym Aberdeen. Ciekawą atrakcją była pobliska rzeczka ułatwiająca dostęp łososiom płynącym na tarło oraz stare ciuchcie, które jeździły na odcinku 1 kilometra. Pan maszynista nawet nam zagwizdał gdy robiłam mu zdjęcie :)


Przez cały czas kiedy skakaliśmy po drzewach towarzyszyły nam przebłyski słońca i niestety potem pogoda się popsuła, bo podczas całego ponad godzinnego marszu lało niemiłosiernie. Jednak nie zniechęciło nas to. W końcu w Szkocji więcej pada niż świeci słońce, więc żaden to problem :) Najważniejsze to odpowiednie ubranie, czyli nieprzemakalne buty i kurtki.




Droga była szeroka i piaszczysta, a właściwie to błotnista i biegła pośród lasu. Co jakiś czas można było zobaczyć znaki informujące, że idziemy pieszą ścieżką wzdłuż rzeki Dee, czyli mapa po raz kolejny była zbędna. Zastanawialiśmy się jak daleko musimy iść, ponieważ w oddali nigdzie nie było widać zabudowań, oprócz jednej prostokątnej wieży i wzgórza z jakimś monumentem na drugim brzegu (a trzeba dodać, że było to dość daleko). W końcu dopadło nas uczucie triumfu gdy zobaczyliśmy pierwsze budynki - oznaki cywilizacji, a następnie park, który okazał się... cmentarzem ;) Mimo doskwierającego nam głodu przyspieszyliśmy kroku, bo wiedzieliśmy, że cel naszej podróży jest już blisko - most w centrum miasta prowadzący na drugi brzeg, a tam wodospad Feugh'a. Wyszliśmy na główną ulicę miasta i podążyliśmy w stronę centrum. Przy okazji zahaczyliśmy o pobliski przystanek, żeby sprawdzić godzinę powrotnego autobusu.


Miasteczko było bardzo urokliwe i mimo niedzieli oraz brzydkiej pogody tętniło życiem. Trzeba dodać, że szkockie górskie miasteczka zdecydowanie różnią się od polskich. Nie ma nigdzie pstrokatych straganów z tandetnymi pamiątkami, a Bed & Breakfast reklamują się schludnymi szyldami. Widząc w oddali market spożywczy musieliśmy posłuchać głosu z naszego wnętrza, czyli żołądków. Zaopatrzyliśmy się w kanapki (które są tutaj do kupienia na porządku dziennym, brakuje mi czegoś takiego w Polsce), napoje energetyczne i batoniki. Posiliwszy się nieco przy wystawie sklepu z czekoladą ruszyliśmy w dalszą drogę podążając za wielkim znakiem informującym o wodospadzie. Przeszliśmy Most Dee i nie dalej niż po 15 minutach do naszych uszu dobiegł odgłos wody spadającej wprost na wielkie kamienie. Chwilę potem zobaczyliśmy Most Feugh'a. Weszliśmy na niego i rozkoszowaliśmy się przepięknym widokiem...




Niestety przyszliśmy tu o złej porze roku, bo nie udało nam się zobaczyć skaczących łososi :( Ale to nic, bo z pewnością jeszcze tu wrócimy.


Minęło sporo czasu zanim zdecydowaliśmy się iść w drogę powrotną. Niedaleko wodospadu natknęliśmy się na tablicę informacyjną i mogliśmy zobaczyć zaproponowane piesze trasy wycieczkowe. Zieloną mieliśmy już zaliczoną, a kusiła nas pomarańczowa, która prowadziła na szczyt góry z Monumentem Burnett'a, który wcześniej widzieliśmy z oddali (tak tak, jednak przeszliśmy ten cały kawał :) ). Niestety było już po godzinie 17-tej, a nie wiadomo było ile czasu zajęłaby kolejna wędrówka z drogą powrotną. Mimo to, zadowoleni poszliśmy w stronę przystanku i o godzinie 18.16 pojechaliśmy w stronę Aberdeen. Przy okazji z okna autobusu zobaczyliśmy prostokątną wieżę kościoła, która widziałam przedtem w oddali.
Okazało się, autobus miał przystanek prawie, że pod naszym domem, także nie musieliśmy iść przez całe miasto od dworca jak to miało miejsce rano (człowiek uczy się całe życie) i kupiliśmy pizzę w pobliskim markecie, bo właśnie wtedy dopadł mnie potężny głód :) Usiadłam na kanapie cała w błocie, trocinach i z bolącymi nogami, ale z uśmiechem na twarzy. Ta wycieczka sprawiła, że mam ochotę na więcej i już nie mogę doczekać się wyjazdu do Edynburga :D
Dziś jest już poniedziałek (jakoś dziko się czuję, że nie jestem w pracy ;) ), popijam herbatę z ostowego kubka i narzekam na moje zakwasy.
Do zobaczenia w kolejnym odcinku Poznając Szkocję! :D

7 komentarzy:

  1. super wycieczka, a wiesz u mnie w Solankach też jest park linowy, ale jeszcze tam nie dotarłam ;) chyba będę się musiała zainteresować, bo mnie natchnęłaś ;)
    fajnie opisane, miło się czyta i chce więcej ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajna wycieczka:)
    Czekamy na więcej relacji.

    OdpowiedzUsuń
  3. Super wycieczka! a tak się bałaś parku linowego,a tu proszę,było super :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Super!!! Zamarzył mi się też taki wyjazd :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Tak, to dobry pomysł, żeby poznawać najbliższe okolice :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Opisuje wszystkie swoje wycieczki, masz do tego talent! :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Super czytało się ten post. Aż zachciało się takiego wyjazdu.

    OdpowiedzUsuń