wtorek, marca 28, 2017

Kolej na (o)czyszczenie wnętrza według Kopernika

- Coś długo ta taksówka nie przyjeżdża. - zauważyła Asia w pośpiechu ogarniając wzorkiem pokój upewniając się, że niczego nie zapomniała.
- Jooo... - przytaknęłam, wyglądając to przez okno, to sprawdzając czas, tym samym zasiewając w sobie ziarno niepokoju. - Chyba dobrze podałam ulicę? Mówiłaś, że ma podjechać na ulicę Poprzeczną.
Asia momentalnie stanęła jak wryta i przerażona spojrzała na mnie.
- Z przyzwyczajenia podałam ci złą ulicę! - spanikowała.
- Złą?! To gdzie ta taksówka czeka? - byłam zdezorientowana, a czas uciekał. Za pół godziny odjeżdżał nasz pociąg, na który miałyśmy już kupione bilety.
- Dwie ulice stąd. Idziemy! Może zdążymy zanim odjedzie. - w ułamku sekundy chwytamy plecaki i wylatujemy z domu jak z procy, biegnąc ile sił w nogach.
W oddali czeka nasza taksówka.
Wsiadamy w ostatniej chwili.
- Na Dworzec Centralny! Tak szybko jak się da! - krzyknęła do kierowcy Asia.
Nie wierzymy, że dotrzemy na czas. Jest lato. Upalny sierpień, mimo porannej pory. Centrum miasta, w dodatku rozkopane, co kawałek sygnalizacja świetlna. Już obmyślamy plan awaryjny. W razie czego pojedziemy następnym pociągiem, a pieniądze za bilety spróbujemy jakoś odzyskać, chociażby ich część. Po prostu pierwszy dzień naszej wielkiej wyprawy będzie musiał ulec opóźnieniu o dwie godziny, a nasze prawie roczne przygotowania pójdą się kochać.
Jesteśmy przed dworcem. Pięć minut do pociągu. W pośpiechu dajemy odliczone pieniądze. Jakaś moneta wpada pod siedzenie. Kierowca robi problemy, że mamy dopłacić. Jakby na złość zapomina, że zaraz odjedzie nasz pociąg. Po krótkiej wymianie zdań ze zdenerwowaną Asią daje za wygraną. Pędzimy przez dworzec na złamanie karku. Dwie minuty do pociągu. Przestaję mieć zadzieję, ale szukamy naszego peronu.
Jest!
Wokół pełno ludzi. Pociągu ani śladu. Pewnie już odjechał.
Sprawdzamy tablice informacyjne.
Pociąg opóźniony o piętnaście minut.
Zdyszana i spocona patrzę na Asię, a ona na mnie. Śmiejemy się jak głupie i nie wierzymy we własne szczęście.
Jednak podróż rozpoczynamy zgodnie z planem.
Nadjeżdża nasz pociąg.
Trochę mi żal, że nie jest to pendolino, którym tak chciałam się przejechać, ale trzeba było oszczędzać gdzie się dało. Na pewno będę miała jeszcze nie jedną okazję.
Odnajdujemy nasz przedział i w końcu opada nam adrenalina.
Nie ma prawdziwej wyprawy bez przygód.
Suniemy torami przez Równinę Mazowiecką w kierunku Żuław. Przez okna widać, aż po horyzont, przeorane pola, które ze względu na kolor, zawsze kojarzyły mi się z pokruszonymi kawałkami czekolady. Niewiele drzew w tym regionie. Szare popegeerowskie bloki i przytulone do siebie domki jednorodzinne nie wzbudzają zainteresowania. Wręcz irytują swoją obecnością, że nie są wymuskanym w photoshopie obrazkiem z jakiegoś magazynu o podróżniczego. Mimo pięknej pogody, krajobraz wydaje się szarobury i nijaki. Jedyne co zasługuje na uwagę to odnowione stacje kolejowe w mijanych miasteczkach.
Karcę się za te myśli. Wręcz wstydzę się ich. Jednak po czasie odpuszczam sobie. Pierwsze wrażenie zawsze będzie pierwszym wrażeniem i akceptuję mój sposób postrzegania. Jedyne co mogę potem zrobić, to zrozumieć otaczający mnie świat. Nigdy nie będzie idealny i różowy. Jest autentyczny, a to co widzę to tylko jego mały fragment.
Po trzech godzinach docieramy do naszego pierwszego celu, którym jest Malbork. Konkretnie zamek, który Asia koniecznie chciała zobaczyć. Dla mnie jest to okazja żeby sobie przypomnieć jak wygląda. Mimo, że byłam w nim przynajmniej dwa razy w swoim życiu, moja pamięć jest dziurawa.
Wysiadamy na zabytkowym dworcu i pierwsze co, zaciągam Asię do poczekalni i każę jej zadrzeć głowę. Ściany są pokryte malowidłami herbów miast krzyżackim, a sklepienie dodatkowo pięknie ozdobione i odrestaurowane. Odkryłam je przypadkiem kilka lat temu i teraz każdemu mówię żeby odwiedził to miejsce zanim przemknie przez główny hall omijając ukryty skarb.
Z radością odkrywamy na miejscu skrytki na bagaże, tym samym nasz problem z targaniem plecaków sam się rozwiązuje.
Decydujemy się jeszcze na zakup biletów na dalszą trasę żeby uniknąć kolejek i bez stresu cieszyć się wycieczką.
Przed nami mały ogonek podróżnych. Dochodzą do nas strzępki rozmowy o pociągu, który nie przyjechał i o innym, który nie poczekał na przesiadkowiczów. Ludzie wyładowują swoją frustrację na pani w okienku. Przykro nam, że musi znosić coś co nie jest jej winą i postanawiamy, razem z pieniędzmi, dać jej w podziękowaniu za jej ciężką pracę szczery uśmiech. Może to niewiele, może nawet go nie zauważy, ale przynajmniej będzie miała dwie awanturujące się osoby mniej.
Wychodzimy na dwór i kierujemy się w stronę centrum. Przed dworcem stoi wielki plan miasta, ja akurat znam drogę na pamięć. Po drodze mijamy stoiska z pitnym miodem, które wprawiają mnie w osłupienie. Dziwnym zbiegiem okoliczności niedawno starałam się dostać ten alkohol, a tutaj okazuje się być w hurtowych ilościach.
Idąc głównym deptakiem w oko wpada nam figura znanej postaci z książek Sapkowskiego, z którym nie omieszkamy zrobić sobie pamiątkowego zdjęcia. Zgodnie stwierdzamy, że wiedźmin świetnie wpasował się w krzyżacki klimat.
Dochodzimy do głównego placu, a może rynku. W każdym razie fontanna, której woda tryska bezpośrednio z chodnika, bardzo nam się podoba i korzystamy z okazji, aby się nieco ochłodzić.
Wiem gdzie dalej się kierować, a mimo to rozglądam się za kierunkowskazami i oburzona stwierdzam, że jak na miasto z tak wielką atrakcją, oznaczenie jest bardzo kiepskie.
Po chwili mój humor się poprawia, gdyż rzeczka Młynówka przykuwa moją uwagę. Woda płynąca szybkim nurtem ma kolor mętnej zieleni. Ciekawe dlaczego?
 Kolejnym ciekawym obiektem jest makieta zamku, niestety ogrodzona płotem zamkniętym na kłódkę. Jesteśmy zawiedzione, że nie możemy przyjrzeć się miniaturze z bliska.
  W końcu docieramy do głównej atrakcji i jestem pod wrażeniem wyglądu miejsca kas biletowych. Są schludne, przestronne i zachęcają do wejścia.
 Kupujemy odpowiednie bilety i czekamy z grupą ludzi na przewodnika.
Okazuje się nim dobrze zbudowany starszy pan o białych włosach i doniosłym, wyraźnym głosie.
Natychmiast przełączam aparat w tryb filmowania, bo wiem, że po czasie nic nie będę pamiętać z jego opowieści, które będą stanowiły skarbnicę wiedzy do moich przyszłych tekstów.
Już po kilku chwilach można stwierdzić, że mężczyzna wykonuje swój zawód od dłuższego czasu i z powołania, w dodatku ma poczucie humoru. Nie traci ani chwili i od razu zaczyna opowiadać historię zamku.
Przed nami trzy godziny zwiedzania.
Gdy tylko wchodzimy na dziedziniec, szufladki w mojej głowie otwierają się jedna po drugiej i zasypują mnie skrawki wspomnień.
Ja pamiętam to miejsce!
Jak mogłam twierdzić, że go nie pamiętam?!
Przecież to te same masywne mury, strzeliste wieże, pomniki, sklepiki z pamiątkami, drewniane pomosty i kamienne schody.
Zanim na dobre znikamy za murami zamku wskazuje jeszcze Asi mapę zamków krzyżackich i nakręcany się już na kolejną wycieczkę, podczas której zaliczymy Świecie, Gniew, Frombork, Lidzbark Warmiński, Ostródę, Sztum i inne miasta.
Korzystam jeszcze z okazji i zgarniam stos ulotek i folderów w języku angielskim na temat lokalnych atrakcji. Postanowiłam, że będę promować polską turystykę w Szkocji wśród znajomych w pracy i zbiorę tyle informatorów ile się da.
Spacerowym krokiem zwiedzamy komnaty, poznajemy ich historię, słuchamy ciekawostek, czasami śmiesznych, czasami strasznych. Nie ma czasu na nudę, chociaż młodsze pokolenie nie zawsze wydaje się być zainteresowane, mimo starań. Nie mniej jednak, osoby które oczekują wiedzy powinny być usatysfakcjonowane dobrze wydaną każdą złotówką. Biorąc pod uwagę ogrom obiektu, czas i rzetelność, cena jest naprawdę przystępna i warto wpaść do Malborka na weekendową wycieczkę.
 Jedna sytuacja wyjątkowo zapada nam w pamięć.
Przewodnik staje przy murze, gdzie widnieje płaskorzeźba Mikołaja Kopernika i tak oto zaczyna opowiastkę:
- Znana na pewno postać, wielki człowiek, wielki uczony, astronom, ekonomista. Ale w roku 1527 do Malborka zjechał sam król. Na imię miał Zygmunt, potem jeszcze dostał ksywę Stary. W zamku malborskim wydano wspaniałe przyjęcie. Uczta była przednia, jadło i trunki przepyszne. A co się okazało? W czasie uczty wszyscy zaczęli mieć jakieś problemy żołądkowe. Dziesięć kilometrów od Malborka przebywał kanonik z Fromborka, po którego posłano co koń wyskoczył. Przybył i za dwie godziny wszyscy byli zdrowi. Zastosował lewatywę.
Tutaj przewodnik zwraca się do chłopca w wieku szkolnym, który stoi koło niego i zadaje pytanie.
- Wiesz co to lewatywa?
Dziecko przecząco potrząsa głową. Przewodnik z udawaną rezygnacją macha ręką i odwracając się na pięcie rusza przed siebie. Turyści mają niezły ubaw, a biedny chłopaczyna, nie wiedząc o co chodzi, robi dobrą minę do złej gry.
 Zwiedzanie dobiega końca, a my postanawiamy znaleźć coś do jedzenia przed dalszą drogą. Czytałam w internecie bardzo dobre opinie o Restauracji Gotyckiej oraz kilku innych miejscach na mieście, ale nasze żołądki żądają naleśników, więc szukamy ich nad Nogatem. Z jakiegoś powodu ubzdurało mi się, że brzeg rzeki jest zadbaną kostkowaną promenadą z szeregiem knajpek, a w zamian mam przed sobą wydeptaną trawę, jeden bar bez naleśników, drewniany most (który nic się nie zmienił) i restauracje po drugiej stronie. Czasu nie mamy za wiele, więc nie ryzykujemy dalszej eksploracji i wracamy się w okolice kas biletowych, gdyż tam ponoć Asia widziała naleśniki.
Miała rację. Ludzi niewiele, ceny do zaakceptowania, miejsca pod dostatkiem, a porcje słodkich placów z dżemem i bitą śmietaną w pełni nas zadowalają. Dostajemy dokładnie to na co miałyśmy ochotę.
Dziarskim krokiem idziemy na ulicę Dworcową, odbieramy bagaże, zaopatrujemy się w dużą ilość wody butelkowanej i wsiadamy do pociągu osobowego, który już czekał. Jesteśmy pierwsze, więc wybieramy miejsca, które najbardziej nam się podobają. Po jakimś kwadransie zaczyna się robić tłoczno i połowa pociągu zostaje zapełniona ludźmi wracającymi do okolicznych wiosek.
Ciekawe jakie sprawy załatwiali w Malborku?
Przyjechali na zakupy? Odwiedzali rodzinę? A może chcieli zjeść lody pod parasolkami w słoneczną sobotę? Ilu ludzi, tyle scenariuszy.
Pociąg z wolna opuszcza peron i jedzie na wschód. Po godzinie dojeżdżamy do Iławy. Nawet nie wiedziałam, że mają tu taki ładny dworzec z czerwonej cegły. Widać, że niedawno odnowiony. Zanim ruszamy dalej, w ostatniej chwili zauważam dziób pendolino i szybko robię mu zdjęcie zanim zniknie mi z oczu. W tym momencie moja druga bateria w aparacie wyczerpuje się i nie ma już mowy o żadnych zdjęciach na dziś. Cały dzień nagrywałam filmy i myślałam, że prędzej karta pamięci mi się wyczerpie, a tu niespodzianka.
 Dzielimy przedział z matką z dwójką dzieci, które wymądrzają się między sobą. Prowadzą na tyle pocieszne dialogi, że z trudem powstrzymujemy śmiech.
Połowa drogi za nami. Znowu cały przedział tylko dla nas. Za oknem coraz mniej budynków, a więcej łąk, pagórków, małych jeziorek i zarośli. Gdzieniegdzie zauważam jakieś dzikie ptactwo. Za plecami mamy zachodzące słońce, które ostatkiem sił próbuje przebić się przez nawarstwiające się chmury. Ponoć jutro ma padać.
W końcu zrobiło się trochę chłodniej. Miarowy stukot kół usypia Asię, a ja oddaję się błogiej chwili i przeciągam zmęczone nogi. Zakładam ręce za głowę, biorę głęboki wdech i wolno wypuszczam powietrze z płuc. Przypominam sobie w głowie słowa piosenki "Remedium" Maryli Rodowicz, którą nuciłam przez ostatnie pół roku przygotowując się do tej wyprawy. To nic, że treść nie do końca zgadza się faktami, bo przed niczym nie uciekam, obchodzi mnie, do którego pociągu wsiądę, że bilet już kupiony, a w plecaku są tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Mimo to, mówi o potrzebie wolności i zrobieniu tego czego się chce.
Tak, właśnie tego szukałam.
Zmieniający się krajobraz, rześki wiatr muskający mnie po twarzy, kilometry torów, stara osobówka, skórzane siedzenia, brak pośpiechu i pogoń za marzeniami.
Świat szykuje się do snu.
Dzień kończy się, ale podróż dopiero się zaczyna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz